Nie pale kadzideł i ofiar nie składam
Gdy słysze krzyk meżczyzn walczących
Gdy Parys powraca nie daje mu siebie
I patrze jak cieżko usypia
Im tarcze i zbroje przyrosły do ciał
Krzyk w gardłach zamieszkał na stałe
Po nocach Bogowie im śnią sie nie ja
Bo od nich zależy los wojny
Mrok tłumi jek rannych nad Troi areną
Mój mą? mój kochanek wzdychają przez sen
I słysze wśród ciszy namietny ich szept
- Ateno!
I żaden z nich w sobie nie mieści drugiego
Jak chciałabym żya dla nich obu
Co noc każdy z nich na innych rekach umiera
I nie wiem po którym łkaa głośniej
Zbyt wiele sie stało by zrobia cokolwiek
Co śmierci kładłoby kres
Na murach już jutro zastygłaby krew
W litery - nie koniec zmagania -
W skórzanym namiocie w komnacie kamiennej
Mój mą? mój kochanek wzdychają przez sen
I słysze wśród ciszy namietny ich szept
- Ateno!
Gdy jeden z nich zginie posiądzie mnie drugi
Nie modle sie dziś za żadnego
Po latach dziesieciu nad stosem dymiącym
Obydwu te samą ma twarz
Im starczy błysk słonca na ostrzach oszczepów
I ?óła na kamieniach co wróży zwyciestwo
Wodzowie czy zawsze do tryumfu lub kleski
Potrzebna wam jakaś kobieta
Dopiero gdy los sie rozstrzygnie nad ziemią
Ty śmiera zobaczysz Ty spotkasz sie ze mną
To drżąc z umierania i drżąc z pożądania
Obydwaj szepniecie
- Heleno!
|